Październikowy Sandacz o poranku…
Wczoraj z uwagi na czas postanowiłem wpaść na Cedzynę. Nie miałem większej nadziei na sensowną rybkę zwłaszcza że zbiornik kilka lat temu był spuszczany. Zacząłem od końca tamy w kierunku stacji WOPR. Najpierw coś odgryzło mi obrotówkę. Założyłem więc cieniutki wolframowy przypon. Gdy zaczęło świtać przeszedłem na gumy. Na początek poszło 11cm seledynowe kopyto. Przynęta prowadzona z opadu. Przy drugim dosłownie opadzie podczas podnoszenia przynęty zaczepiłem o coś. Zielsko jakby. Wlekłem więc zaczep do brzegu pompując ostrożnie. Nagle przy brzegu zaczep ożył i zaczął odjeżdżać. Po kilku minutach z pomocą życzliwego starszego wędkarza na brzegu mieliśmy 52cm Sandacza. Nie duży, ale początek ładny. Początek nie był jednak końcem jak to zwykle bywa. Kilka metrów dalej sytuacja się powtórzyła. Jednak raczej nie był to sandacz. Ryba odjechała jak pociąg wysnuwając mi 100m plecionki jak by to była zabawa. Dokręciłem za bardzo hamulec. Plecionka pękła i tyle łowienia na dziś. Dodam że plecionka miała 7kg wytrzymałości nominalnie. Niech realnie ma 5kg – rybka mała nie była.
![]()
Debiut bez mamy…
Ano dziś był mój prawdziwy tatusiowy debiut. Może śmiesznie to brzmi ale tak właśnie się stało.
Ponieważ oboje z żoną uważamy, że każdy człowiek potrzebuje chwili wytchnienia postanowiliśmy dawać sobie czasem luz w opiece nad bobaskiem. Oczywiście mama ma gorzej bo tylko ona posiada dystrybutor z mleczkiem.
Dziś był ten właśnie pierwszy dzień. Anetka na moje oko już dawno potrzebowała wyjść z dom na słońce – zmęczona, niedospana i obolała po zabiegu. Tak się złożyło, że i ja również skorzystałem. O 6 rano tuż po karmieniu udało mi się wybrać na poranne jigowanie w poszukiwaniu zębatego pike’a. Rezultat bardzo marny bo szczupaka nie zlokalizowałem i trafił się tylko jeden pasiasty zbój, ale za to relaks pełen. Jak wróciłem Anetka nakarmiła Kalinę i pojechała na zakupy. No cóż. Kiepski to imho relaks te zakupy ale zawsze coś. Przez dwie godziny w nerwach latała między półkami sklepów – wiadomo – instynkt macierzyński. My zaś miło spędziliśmy czas. Kalina spała jak suseł a ja posprzątałem chatkę.
Niestety w poniedziałek muszę opuścić moje królewny…. czas wrócić do pracy.
Wyciszenie…
Dopiero niedawno doceniłem jak ważny jest psychiczny odpoczynek od nawału spraw codziennych. Każdy z nas ma inne do tego podejście i inną formę tego relaksu stosuje. Są tacy którzy zarzynają setki mutantów na ekranie komputera, są tacy którzy śpią w weekend do 13. Są też tacy, którzy zamiast spać łykają jakieś turbo i idą imprezować choć ciężko to nazwać wypoczynkiem.
U mnie w rodzinie od dawien dawna tradycją jest wędkarstwo. Mój dziadek, tato wędkowali. Ja jednak nie połknąłem bakcyla do końca tak jak oni choć z tego wędkowania pozostało mi jedno – uwielbienie dla przyrody.
Nie ma nic piękniejszego jak przyroda o świcie. Bóg w swej doskonałości stworzył spektakl doskonały (nie jestem zbyt religijny, ale wierzę w Boga jakkolwiek by się nie nazywał. Dla mnie wszystkie religie to sprawa czysto historyczna i pozostawiam ten temat na inną dyskusje). Uważam że ten kto nie wstał przed świtem i nie zobaczył jak budzi się przyroda dużo stracił. W ostatni weekend byłem nad rzeką – nad Nidą w okolicach wsi Sobków. Dojechałem na miejsce chwilę przed świtem. Nie miałem tym razem aparatu – nie zabieram go nad rzekę z obawy przed utopieniem go. Miałem tylko zestaw spinningowy bo ostatnio wróciłem trochę do wędkarstwa w jego bardziej aktywnej formie (w zasadzie tylko dla relaksu). Szedłem korytem rzeki brodząc w nurcie. Oprócz drobnicy nic nie chciało połakomić się ani na ostro pracującego woblera ani na inne gumowe i metalowe przynęty. Doszedłem do zwalonego konara. Oczywiście będąc bardzo cicho (jednym z warunków dobrych wyników spinningowania jest właśnie bycie bezszelestnym). Podchodząc do tego zwalonego drzewa usłyszałem że za nim rozgrywa się jakaś scenka (pluskanie i parskanie były znacznie głośniejsze niż pluskanie wywołane moim działaniem. Wychyliłem sie delikatnie za konar i zobaczyłem niezwykłe żyjątko. Wydaje mi się że była to wydra – nie miałem ze sobą wikipedii
. Polowała. Wyglądało to trochę jak zabawa. Co chwila plum – niknęła w wodzi po czym wynurzała się. Jeśli udało jej się wyciągnąć rybę pożerała ją łakomie. Udało mi się pozostać niezauważonym kilka dobrych minut. Jak stworzonko zajarzyło że nie jest samo wzięło nogi za pas. Niesamowite przedstawienie dało mi jednak tyle radości że udane polowanie na szczupaka czy klenia zeszło na chwilę na dalszy plan. Zdjęć nie ma ale mam to w głowie. Chwilę dalej mając przed sobą dołek którego nie zdołał bym przejść na sucho postanowiłem wyjść z wody i zaatakować z brzegu. Kilka zmian przynęty i nic. Żadnego nawet najdelikatniejszego muśnięcia przynęty. Postanowiłem założyć jeszcze większego twistera i skokowym prowadzeniem spróbować skusić do ataku większego okonia. przerzuciłem troszkę dołek. 1…2…3..(już w dołku)..4….5 skok….BUM. Mało mi wędziska z ręki nie wyrwało. Hamulec nie zagrał…fuck. Przed kilkoma chwilami walczyłem z zaczepem i po uwolnieniu przynęty nie wyregulowałem go od nowa. Po 3 sekundach szarpaniny żyłka pękła. Ryba z przynętą zniknęła w nurcie Nidy. Druga przygoda tego poranka. To prawdopodbnie był szczupak, widziałem jego grzbiet i był naprawdę imponujący. Żyłka pękła tuz przy krętliku więc albo puścił węzeł (mało prawdopodobne) albo na ostrych zębach po prostu pękła żyłka (0.22 średnicy – nie stosuje cieńszych ze względu na ilość zaczepów jakie czyhają w rzece.
Bilans tego wyjazdu to mały jaź, kilka małych okoni i maleńki żarłoczny pstrąg (!). Wszystko wróciło do wody…
Niedługo zapoluje raz jeszcze… w Was namawiam do wczesnego wstawania. Czy to na spacer, czy to na grzyby, ryby czy poranne fotografowanie. Świt jest najwspanialszą porą dnia…
